Pogodzić ogień z wodą, czyli w poszukiwaniu wewnętrznej równowagi między
Męskim a Żeńskim

Nasza Wielka Matka nie opowiada się po żadnej ze stron. Chroni jedynie równowagę życia.

Film „Avatar”

Jak się to wszystko zaczęło…

Zaczęłam tworzyć swoje papierowe kolaże w czasie, gdy przez moje życie przetaczała się fala wstrząsających wydarzeń. Ciężka choroba, „niewidzialna” dla lekarzy. (Tego rodzaju choroba nie uprawnia do ubiegania się o jakąkolwiek pomoc ze strony państwa, bo – mimo bardzo silnych i widocznych symptomów fizycznych – wyniki badań nie ułatwiają diagnozy. Jest się zdanym praktycznie wyłącznie na siebie). Niezdolność do „normalnej pracy” i brak środków do życia. Bardzo realne widmo śmierci.  Bliscy zawodzący, gdy jesteś w największej potrzebie. Jednym słowem, wyglądało na to, że znalazłam się w pułapce bez wyjścia. „Przetransformuj, co ci już nie służy, albo zgiń” – zdawał się mówić do mnie Wszechświat. I nie żartował.

Pierwszy kolaż, zatytułowany „Tęskniąc za ziemią”, przedstawia moich Dziadków. Zrobiłam go 1 listopada 2016 roku – spontanicznie i niespodziewanie dla siebie samej. Chciałam w to szczególne święto jakoś uhonorować swoich zmarłych przodków… I tak się to wszystko zaczęło.

Na samym początku nie do końca wiedziałam, co właściwie robię, jednak całą sobą czułam, że przez tę formę arteterapii coraz bardziej otwieram moje poturbowane serce, koję duszę i uzdrawiam wycieńczone ciało. Jednym słowem – że kolaże pomagają mi integrować się na bardzo głębokim poziomie. Wkrótce zaczęłam dostawać sygnały od innych wrażliwych energetycznie i estetycznie osób, że te obrazy im także „coś robią” i że uruchamiają w nich pewne uzdrawiające procesy emocjonalne/duchowe.

Jak powstają moje kolaże?

Tworzę je w głębokich stanach medytacyjnych. Dostrajając się do tematyki danego kolażu, sama najpierw przechodzę głęboki proces transformacyjny, dlatego nierzadko zdarza się – zwłaszcza w przypadku tematów wyjątkowo trudnych emocjonalnie – że jeden kolaż powstaje nawet przez kilka miesięcy. Największy mój obraz (50 × 70 cm), zatytułowany „Bo jesteś kobietą Shakti (albo mężczyzną, który ją kocha)”, rodził się jakieś… dziewięć miesięcy, bo towarzyszył mu mój własny proces odnawiania więzi z Matką Ziemią, Matką Wewnętrzną i uzdrawiania w sobie różnych aspektów kobiecości. Generalnie zaobserwowałam taką prawidłowość – im większe wyzwanie emocjonalne stanowi dla mnie dany temat, tym większy kolaż tworzę.

Pracując nad kolażami, poszukuję harmonii – z niepasujących do siebie elementów układam zupełnie nową, spójną pod względem koloru i formy całość. Wielowymiarową. Ponieważ moją osobistą „misją” jest godzenie jakości pozornie nie do pogodzenia – ognia z wodą, światła z ciemnością, gorącego z zimnym, czyli ogólnie Męskiego z Żeńskim – praktycznie wszystko wycinam albo w kształt fal (Żeńskie), albo płomieni (Męskie). Dopasowuję motywy, kształty i barwy tak, aby ze sobą „współpracowały”, a nie „rywalizowały”.  Bo to nie ma być taniec wojenny, ale… czuły romans.

Każdy element moich kolaży bardzo precyzyjnie wycinam ręcznie. Praktycznie we wszystkim potrafię dostrzec potencjał, zatem procesie twórczym wykorzystuję nie tylko zdjęcia z kolorowych czasopism, starych kalendarzy czy pocztówek, ale także materiały, które ze sztuką wizjonerską z pozoru nie mają nic wspólnego, na przykład papierowe opakowania po chusteczkach jednorazowych, ulotki reklamowe, katalogi (perfum, książek, biżuterii), opakowania po przedmiotach codziennego użytku, herbatach i ziołach, papierowe torby na prezenty itd. – wszystko, co mnie „zawoła”. Jedyne kryteria: ma być ładne, kolorowe, dać się przykleić do papieru i, przede wszystkim, nieść w sobie przekaz, z którym rezonuję.

Ma dla mnie szczególne znaczenie, że uprawiam swoisty upcykling artystyczny, czyli przetwarzam wtórnie „odpady”, w wyniku czego powstaje coś o wartości znacznie wyższej niż pierwotna – wyraża to moją głęboką miłość dla Matki Ziemi i szacunek dla jej zasobów. Niczego nie lekceważę, jeśli chodzi o potencjalne materiały – zdziwilibyście się, co może wylądować w moim kolażu.

Symbolika

W moich obrazach nic nie jest przypadkowe – ani kształty, ani motywy roślinne czy zwierzęce, ani kolory. „Z wyższej inspiracji” używam powtarzających się wzorów i materiałów, dzięki czemu razem wzięte moje prace tworzą jakby system naczyń połączonych z „tajnymi przejściami” wiodącymi z jednego kolażu do innych. Tytuły – czasem brzmiące bardzo tajemniczo – stanowią klucz do energetyki danego obrazu i są bardzo ważne.

Po co i jak medytować z kolażem?

No dobrze, ale co to ma wspólnego ze mną?” – możecie zapytać. A dużo, bo „to, co uzdrawiamy w sobie, pomagamy uzdrowić u wszystkich” (Matt Kahn, Everything Is Here to Help You).

Kolaże wystarczy kontemplować (czyli po prostu patrzeć na nie w wyciszonym stanie umysłu) z intencją otwarcia się na nasze najwyższe dobro (a to zawsze uwzględnia także przynoszenie pożytku innym) – czymkolwiek ono jest. Choć może nam się wydawać inaczej, często wiemy, czego chcemy, ale nie mamy pojęcia, czego naprawdę potrzebujemy. Jednak Nieskończony Wszechświat zawsze to „za nas wie” i warto mu zaufać.

Dla kogo są moje kolaże?

Dla tych, którzy mają bardzo silne pragnienia (motywacja!) i… wierzą w cuda. Wzrok Was nie zmylił – są dla tych, którym mieści się w głowie, że patrzenie na właściwy obraz z właściwą intencją może pomóc w procesie integracji wewnętrznych cieni i pęknięć. Bo magia i cuda to nic innego, jak zmiana w postrzeganiu, a „to, co rozsądne, obniża poprzeczkę tego, co cudowne” (Matt Kahn, Reclaim Your Power). Jest nieskończenie wiele oznak tego, że zostaliśmy kolektywnie „zhakowani” przez postrzeganie logiczne, lewo‐półkulowe, a gdy patrzymy na świat wyłącznie przez „szkiełko i oko”, to odcinamy się od prawdziwej magii życia – magii otwartego serca.

Jak wybrać kolaż najbardziej odpowiedni do danego etapu swojej podróży wewnętrznej?

Z mojego doświadczenia wynika, że w danym momencie najwłaściwszy dla danej osoby jest zawsze ten kolaż, na który reaguje ona bardzo emocjonalnie i który ją „hipnotyzuje” (mogą i często towarzyszą temu silne odczucia w ciele). Moje obrazy najlepiej wybierać prawą, nielogiczną półkulą mózgu – najpierw poczuć je zmysłami, a dopiero potem wczytać się w ich tytuły i opisy, aby się nimi zbytnio nie zasugerować. Dokonywanie wyboru na zasadzie „potrzebuję pieniędzy, to kupię kolaż na bogactwo” może być podświadomą próbą przedwczesnego przeskoczenia pewnych etapów rozwoju. Jeśli któryś z moich obrazów Was magnetycznie przyciąga – to najlepiej zacząć od niego.

Opisy działania kolaży znajdują się w zakładce „Sklep”.

Życzę wszystkim cudownej podróży w głąb siebie!

Milena Bianga

Świadectwa

Kiedy wiele lat temu, w Muzeum Ikon w Supraślu, miejscu niezwykłym i pięknym, usłyszałam słowa przewodniczki o świetle w ikonie, które pada na nas, oświetlając naszą duszę, oraz o tym, że ikona właściwie modli się za nas, poczułam niezwykły dreszcz, bo oto przez mikromoment dotknęłam czegoś najgłębiej prawdziwego. Potem wielokrotnie odczułam osobiście, że ikony nie są po prostu obrazami, chociaż też nimi są. Kolaż „W sercu lasu”/„Z sutry lotosu”, który ja nazwałam na swój prywatny użytek „Mój buddyjski Jezus”, jest właśnie takim specyficznym wizerunkiem, który wydaje z siebie światło i kontaktuje się z człowiekiem. Tu uogólniam, ale jestem pewna, że rezonuje z wieloma ludźmi. Na pewno stwarza relację kontaktu ze mną. Kiedyś, przez dość krótki czas, miałam bardzo sceptyczny i krytyczny stosunek do wizerunków świętych, Jezusa i Marii. Był to czas pomiędzy dzieciństwem i wczesną młodością a względną życiową dojrzałością – ten etap życia, kiedy wydaje nam się, że wszystko wiemy.

Wszystkie prawdziwe obrazy, czyli te, które powstały z prawdziwej inspiracji, które są dziełem serca i umysłu oraz czegoś jeszcze, co wykracza poza nazywalne, zawsze do nas mówią. Można z nimi nawiązać więź, można z nimi dialogować, można otworzyć się na to, co mają nam do przekazania…

Kolaż, który stworzyła Milena, jest dla mnie miejscem, gdzie spotykam Osobę i Energię, Tego, którego mogę nazwać, cytując grupę Depeche Mode, „my personal Jesus” (mój osobisty Jezus). I to jest bardzo kojące spotkanie.

Ola Piechnik, Gdynia